Z pamiętnika Natalki

Mój pamiętnik

10 stycznia 2006r.
Zaczynam od dziś pisać pamiętnik. Dobrze nawet nie wiem, jak to się robi, ale jakoś sobie poradzę. Wzięłam jeden czysty zeszyt, który miałam w zapasie i zaczęłam pisać.
Tak jak w pamiętniku, muszę najpierw napisać o sobie.
Nazywam się Natalia Parzuchowska. Mam jedenaście lat i chodzę do czwartej klasy Szkoły Podstawowej w Różanie. Nauki jest dużo, a czasu na pisanie zostaje bardzo mało. Do tego mam różne specjalne zadania, bo należę do wielu kółek.
Dziś na dworze jest straszna pogoda, pada śnieg i jest duży mróz. Właśnie wróciłam ze szkoły, zjadłam obiad i odrobiłam lekcje. Mama krząta się w kuchni. Przygotowuje kolację, a ja popatrzyłam przez okno i zobaczyłam, że już robi się wieczór. Zaczęłam sobie przypominać, kiedy ostatni raz było słońce. Owszem, przed paru dniami troszkę się pokazało, ale przez cały grudzień ani minuty słońca i teraz znów tak czarno. Czytałam w jakiejś książce, że w Egipcie o tej porze każdego dnia jest słońce i ludzie tylko myślą, jak się przed nim schować, a przecież są kraje jeszcze gorętsze od Egiptu. Pomyślałam, że w tamtych krajach muszą żyć sami weseli ludzie. Choćby byli nawet bardzo biedni, muszą być weseli.
Po kolacji wszyscy siedzieliśmy w pokoju rodziców i było bardzo miło. Paliła się lampa z dużym abażurem, a tata opowiadał różne ciekawe rzeczy i wszyscy się śmieli. Teraz muszę już kończyć, bo robi się późno i jestem senna.
Zaraz zgaszę lampkę i skoczę do łóżka.
Jutro środa. Do zobaczenia, pamiętniku.
11 stycznia 2006r.
Dziś na dworze była bardzo ładna pogoda, Wiatr ustał i mróz zelżał. W południe tak się ociepliło, że na szkolnym boisku zaczęliśmy lepić bałwana. Znaleźliśmy węgielki na oczy i usta. Ten bałwan wyjątkowo nam się udał, ale ciągle jeszcze nie postanowiliśmy, kogo ma przedstawiać. Wtedy Kinga zawołała, że to nasz kolega, Adrian. Super gość, jest naszym dobrym kumplem. Mamy wspólne zainteresowania. Bardzo lubimy matematykę. W przyszłości chcemy zostać cybernetykami i będziemy budować mózgi elektronowe, o których teraz się jeszcze nikomu nie śni.
W końcu bałwan był gotowy. Wyszedł bardzo duży. Beata nagle zawołała, że idzie pan dyrektor. Ktoś przyniósł ze śmietnika jakiś dziurawy kapelusz, a inny kawałek deski, na której napisaliśmy: „Nasz wspaniały" filozof- matematyk Adrian. Zraz potem był dzwonek i nie zdążyliśmy zobaczyć miny naszego nauczyciela od matematyki.
Po szkole poszłam do domu. Wszystko przebiegało jak zwykle. Zjadłam obiad, odrobiłam lekcje. Mama dziś z pracy przyszła nieco wcześniej. Porozmawiałyśmy chwilę, ale potem poprosiłam, żeby mi nie przeszkadzała, bo muszę napisać wypracowanie z języka polskiego. Usiadłam sobie przy oknie, a później zamyśliłam się, bo od czasu, kiedy zaczęłam pisać pamiętnik, nie daje mi to spokoju: jak pisać? O czym pisać? Co jest ważne, a co nie? Czy trzeba pisać o tym, jaka którego dnia jest pogoda, czy też, o czym rozmawiałam z mamą, albo, co mi się śniło w nocy? Co naprawdę jest najważniejsze i o czym przede wszystkim trzeba pisać?
Dziś w nocy śniły mi się psy. Psy i koty i, że w naszej kuchni rozlało się mleko. Zaraz do niego przyskoczył biały kot, zaczął chłeptać, a kiedy ja chciałam go złapać, kot przejechał mi pazurami przez rękę. Krzyknęłam i obudziłam się. Co może znaczyć taki sen? Pomyślałam, że biały kot to szczęście.
Napisałam o śnie, a teraz w dalszym ciągu nie wiem, jak pisać pamiętnik. Gdyby człowiek miał bardzo dużo czasu, może należałoby notować wszystkie myśli i wszystkie zdarzenia, ale przecież człowiek nigdy nie zdąży z notowaniem własnych myśli, chyba, żeby mu ktoś podłączył jakiś specjalny magnetofon do mózgu.
Siedzę przed oknem. Od strony lasu lecą kawki. Chciałabym być ptakiem i móc latać.
Ale pociągnęło od okna chłodem. Brrr, zimno! Jak zimno musi być takiej kawce na gałęzi w lesie. Już lepiej być człowiekiem i mieć ciepłe mieszkanie. A najlepiej w zimie pod kołderką, tak na chwilę przed zaśnięciem. Choć dużo jest jeszcze różnych, fajnych rzeczy.
Lubię biec ulicą tak, żeby się zdawało, że same nogi mnie niosą, jeszcze chwila, a oderwę się i będę leciała nad ziemią.
Myślałam jeszcze o tylu rzeczach, o tych różnych sprawach, ale naprawdę nie udało mi się wszystkiego zanotować. Myśli biegną bardzo szybko.
Najważniejsze, że nie zdradziłam swojego pamiętnika.
12 stycznia 2006r.
No, więc mamy odwilż. Śnieg stał się ciężki i mokry, a tam, gdzie go mniej, zamienił się w błoto. Jak jest odwilż, to zaraz robię się taka ociężała. Do domu nie chce mi się biec, tylko wlokę się, noga za nogą, a książki w teczce ważą dwa razy więcej niż zwykle.
Dziś pan od matematyki wyrwał mnie do tablicy. Poszło mi nieźle, dostałam piątkę.
Pani od polskiego przyniosła nasze wypracowania i bardzo chwaliła kilka prac, za które postawiła czwórki i piątki. O mojej pracy też wspomniała. Najbardziej podobało się pani wypracowanie Pauliny i czytała je głośno. Paulina pisała o tym, jaka jest szczęśliwa. Chodzi do szkoły i w szkole jest bardzo dobrze. Wszyscy są dla niej mili, a najwięcej to chyba nauczyciele, że takie są piękne pelargonie w oknach i portrety na ścianach i, że bardzo lubi swoje koleżanki i kolegów. Nawet, jeśli któryś łobuzuje, to ona i cała klasa postara się go zawrócić ze złej drogi.
Obiad był dziś podły. Mielony kotlet rósł mi w ustach, nie mogłam go przełknąć. Może, to przez odwilż nie mogłam jeść, a może przez moje wypracowanie, z którego nie byłam zadowolona.
Wieczorem zrobiło mi się bardzo smutno, sama nie wiem czemu. Czy to przez pogodę, czy też przez nawał nauki? Pomyślałam, że życie to bardzo trudna historia. Poszłam do mamy, leżała już w łóżku i chciałam ją tylko pocałować na dobranoc, ale ona spojrzała i mówi:
- Czemu jesteś taka strapiona?
- Sama nie wiem. Może dlatego, że odwilż.
- Czasem człowiekowi robi się czegoś smutno, ale nie trzeba się temu poddawać - mówi mama. -A już najgorzej smucić się wieczorem, bo wtedy nie można zasnąć. Przed snem, córeczko, trzeba pomyśleć o czymś takim, czego bardzo chcesz, o czym marzysz. Wtedy zaśniesz prędko i masz dobre, przyjemne sny.
13 stycznia 2006r.
Dzisiaj była wielka heca. Po lekcjach poszłam z koleżankami i kolegami ,,do okopów” na sanki. Trochę tam jest jeszcze śnieg i można zjeżdżać zupełnie nieźle, tylko trzeba uważać, żeby na samym końcu w porę hamować i nie zarywać nosem w ziemię. Pobiegł z nami nasz przyjaciel Max, bo widać już mu zupełnie obrzydło siedzenie w budzie. On jest bardzo dziki, ale złapałyśmy go obydwie z Kingą i chociaż się wyrywał i chciał nas gryźć, musiał raz z nami zjechać na sankach. Jak już byłyśmy na dole, wyskoczył nam z rąk i poleciał jak strzała naprzód. Myślałyśmy, że się na nas obraził. Niby stary pies, z siwym pyskiem, a my go bierzemy do takich dziecięcych zabaw, ale on po chwili wrócił i kiedy zjeżdżałyśmy na sankach, cały czas biegł za nami i strasznie szczekał. Adrian jeździł na pożyczonych nartach i tak się przewrócił, że zdarł sobie skórę z pleców. Teraz śniegu jest mało i trzeba naprawdę bardzo dobrze jeździć na nartach, żeby się nie wywrócić.
Do domu wróciłam bardzo przemoczona, ale mama zrobiła mi zaraz gorącą herbatę. Kiedy było mi już ciepło, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, jak tylko przypomniałam sobie zjeżdżającego na nartach Adriana. Mama i tata pytali mnie, z czego się śmieję, a ja im zmyślałam różne głupstwa. Chociaż wcale nie było to takie śmieszne.
Pani od języka polskiego zadała nam domowe wypracowanie: „Jaką porę roku lubię najbardziej i dlaczego?”. Ja wybrałam wiosnę, a Adrian zimę. Teraz po tym wypadku może zmienił zdanie.
Wieczorem pisałam to wypracowanie. Wiosna, to najpiękniejsza pora roku. No i tyle kwiatów, zieleni i ptaki śpiewają, ale najprzyjemniejsze ze wszystkiego jest to, że człowiek gdzieś ciągnie, sam nie wie gdzie. Chodziłoby się po lesie, po łąkach, albo siedziało gdzieś nad rzeką i patrzyło, jak taka wielka, wzburzona woda pędzi przed siebie. Jak się ryby rzucają w rzece, jak z trawy wyłażą różne dziwne żuczki i robaczki. Z wiosny cieszą się rolnicy. Naokoło wre praca, żeby potem w lecie i na jesieni były obfite plony.
Mama siedzi na fotelu i czyta książkę, a ja kończę wypracowanie.
Nasza pani od polskiego jest super. Bardzo ją lubię, a lekcje z nią to sama przyjemność. Teraz na półrocze mam z polskiego czwórkę. Nawet nie napisałam, że przed paru dniami była wywiadówka na koniec półrocza. Mama wróciła ze szkoły zadowolona. Przed zebraniem nawet trochę się denerwowałam, bo jest ze mnie mała gaduła, ale wszystko skończyło się dobrze.
Spojrzałam w tej chwili na zegarek. Jest już bardzo późno. Nie wiem, czy dziś w nocy zasnę. Jutro sobota
Do widzenia, pamiętniku.
 
Z pamiętnika Natalki IVa rok 2006