Jak uniknąłem pewnej śmierci

Chaim Rajczyk
Jak uniknąłem pewnej śmierci
Incydent


W 1920 roku przez Różan przemaszerowali bolszewicy, w drodze na Warszawę. Długo się u nas nie zatrzymali, bo natrafili na opór wojska generała Hallera i musieli się wycofać. „Demokratyczna Armia Polska” objęła z powrotem terytoria zagarnięte przez Rosjan i Różan stał się polski. Rosjanie stali w Różanach nie więcej niż dwa tygodnie, ale w życiu Żydów dużo się zmieniło.
Ustało życie duchowo - religijne. Żydzi nagle ujrzeli się jako kontrrewolucjoniści i zmuszeni byli do ukrycia swoich uczuć, poglądów i postaw.
Nastąpiło również przeklasyfikowanie: robotnicy, którzy poprzez pokolenia pozostawili podejmowanie decyzji w mieście posiadaczom – gospodarzom, oraz różańskim „ magnatom finansowym” nagle otrzymali prawo decyzji i sami stali się gospodarzami żydowskiego życia w miasteczku, a rządzili dość twardo. Władza liczyła się tylko z nimi, co dziwaczne skutki. Nagle pracodawca już nie jest pracodawcą i o to co robić musi pytać swojego robotnika. Był to przewrót o jakim nikt nie myślał i czegoś takiego sobie nie wyobrażał. Całe żydowskie społeczeństwo przeżywało wstrząs.
Z tego powodu nowa polska władza była bliższa sercu. Wprowadziła znowu stabilizację na żydowskiej ulicy. Żydzi po prostu odetchnęli z ulgą. Dla mnie jednak powrót Polaków przyniósł z sobą zagrożenie życia i nie jestem w stanie zapomnieć incydentu, o którym opowiadam później.
W ciągu owych dwóch tygodni swoich rządów bolszewicy postanowili oczyścić Różan z polskich
„reakcyjnych, nacjonalistycznych, elementów”. Aresztowali czternastu polskich obywateli, najznaczniejszych w mieście, wywieźli ich do białostockich lasów i tam z nimi skończyli. Wśród zabranych Polaków, jak Zawadzki, Boniesławski, Miedzinowski, i inni był również pan Gos. Był on osobistym przyjacielem mojego ojca bł.p. Jakiego rodzaju przyjaciel? Zwykły był dzień w dzień do szynku mojego ojca, dobrze wypić, najeść się i nie zapłacić. Żydzi bali się go, ponieważ był ważną osobą w magistracie, a mój ojciec doszedł do wniosku, że lepiej nie żądać od niego pieniędzy, a utrzymywać ten stan niby to przyjaźni.
Jego żona Gosowa uważała, że obowiązek przyjaźni nakazuje by mój ojciec poszedł do bolszewików i starał się o jego uwolnienie. Gdyby jej posłuchał, zapłaciłby drogo z swą interwencję
Jeżeli przychodzi z taką prośbą znaczy, że jest reakcjonistą i od razu podejrzanym anty bolszewikiem. Postanowił więc nie iść i nie narazić swego życia. Pan Gos zginął razem z czternastoma pozostałymi Polakami.
Gdy polska władza powróciła, na nasze podwórko przyszli czterej uzbrojeni żandarmi i zaaresztowali mnie. Zawieźli mnie do wojskowego komendanta. Potem się okazało, że wdowa Gos, dla jej wiadomych powodów, nie oskarżyła mojego ojca, lecz mnie przeznaczyła na ofiarę.
Na mój widok pociemniało komendantowi w oczach. Oczekiwał wejścia olbrzyma, niebezpiecznego przestępcy, a tutaj takie rozczarowanie: miał przed sobą niskiego chłopca, drżącego tak, że aż trzęsły mu się pejsy. Mój wygląd nie zgadzał mu się z tym, co opisała Gosowa.
Oskarżenie było śmiechu warte, ale musiał wypełnić swój obowiązek.
Wyjął z biurka duży arkusz papieru zawierający długi donos pani Gosowej. Zapytał czy to ja jestem Chaimem Rajczykiem, czy byłem w komunistycznej policji politycznej i czy brałem udział w aresztowaniu i zamordowaniu w białostockich lasach czternastu pięknych, godnych szcunku polskich obywateli.
Według donosu wdowy Gos również wygłaszałem agitatorskie bolszewickie przemówienia itp. Mam mu powiedzieć prawdę i całą prawdę, bo jak nie, to gorzej będzie dla mnie. Nawet nie czekał na moją odpowiedz. Przecież wiedział z kim tu ma do czynienia. Ale ja byłem śmiertelnie przerażony.
Nagle otworzyły się drzwi drugiego pokoju i weszło wielkie barczyste chłopisko, uzbrojone od stóp do głów. Moje serce, które przez cały czas przesłuchania waliło jak tani budzik, nagle jakby ustało. Bo pomyślałem, że oto tutaj odbędzie się razem i na miejscu proces, wydanie oraz wykonanie wyroku. I koniec moich młodych lat! Przybysz zauważył co się ze mną dzieję, spojrzał z uśmiechem i zwrócił się do komendanta ze słowami: „Znam tego chłopca bardzo dobrze. Wciągu lat, w których stoję tutaj na czele policji, poznałem również jego rodziców. To dobra, lojalna rodzina polskich patriotów. Spójrz na to dziecko: Czyżbyś uwierzył, że taki chłopiec jest zdolny do tego rodzaju czynów?”
Wtedy dopiero go rozpoznałem. Był stałym gościem w naszym szynku. Zapewne miał swoje obrachunki, dotyczące albo mojego ojca albo Gosa. Jak by nie było, ta interwencja naszego komendanta policji, Polańskiego poskutkowała. Gdyby nie on kto wie jaki był by mój los.
W naszych różańskich dziejach i to miało miejsce i pozwalam sobie opowiedzieć o tym moim osobistym incydencje, a żeby wnieść szczegół do obrazu życia Żydów w Różanie i w całej Polsce. Tak wyglądało życie Żydów i taką miało wartość, gdy spoczywało w rękach gojów.