Śmierść Jakowa Sapirsztejna

Śmierć Jakowa Sapirsztejna

Nie wszyscy w Różanie wiedzieli, że nazywa się on Sapirsztejn. Wołano go: Jakow, syn malarza-niemowy. Jego ojciec był malarzem pokojowym i we wszystkich miasteczkach opowiadano sobie, że znawcy uważają go za artystę w swoim zawodzie. Jaków poszedł w ślady ojca i wielce mu się poszczęściło.
Był bardzo przystojny, wysoki, ze wspaniałą głową czarnych loków, a spod jasnego czoła patrzyła para pięknych, czarnych jak węgiel oczu. Był już żonaty i miał troje dzieci, ale, gdy przechodził ulicą, kobiety się za nim oglądały.
W 1920, gdy Czerwona Armia weszła do Różana, kilku młodych ludzi zgłosiło się do bolszewików i zajęło dość wysokie stanowiska. Żydzi wierzyli, że wraz z komunizmem nadeszło też wyzwolenie Żydów od polskich zdradzieckich władców i katolickich żydożerców. W ten sposób Jaków Sapirsztejn dostał się do policji, zająwszy wysoki urząd komendan­ta policji w miasteczku, jakkolwiek nigdy nie należał do socjalistycznych partii i w ogóle nie był człowiekiem nadającym się do policji, a tym bar­dziej, że nigdy nie był komunistą.
Ubrał białą tołstojówkę, z czerwoną wstęgą, która ciągnęła się od prawego ramienia do lewej strony pasa, a z boku zwisała długa, biała szabla. Utrzy­mywał porządek w mieście i najbliższej okolicy, pilnując, by nikomu nic złego się nie stało.
Pewnego dnia otrzymał wiadomość, że bandy wtargnęły do żydowskich sklepów i - w imię antykapitalizmu - rabują i urządzają pogrom. Jaków udał się tam natychmiast. Zastał ich w sklepie Abrahama Przysuszkera. Zaata­kował ich z wielkim męstwem, narażając własne życie i rozpędził, tak, że nie odważyli się więcej "zaczynać" z Żydami.
Władza bolszewików utrzymała się przez krótki tylko okres, aż do zała­mania się frontu Czerwonej Armii pod Warszawą. Czerwoni wycofali się z całej okolicy, także z Różanu. Ci różańscy Żydzi, którzy wyczuli niebez­pieczeństwo, wyszli razem z nimi.
Gdy doszliśmy do pierwszej stacji, w Goworowie, zastaliśmy wielu uchodźców. Smutno zrobiło się na sercu - znowu brać kij wędrowny w rękę! Zaczęły się pytania: dokąd biec? Czy tam jest rajski ogród?A może lepiej przeczekać?
Żydzi Goworowa przyjęli nas po bratersku, dzielili się każdym kęsem.
Pozostaliśmy, postanawiając przeczekać.
My - Jaków Pesach Wygoda z rodziną zatrzymaliśmy się u krawca, Srulka Szwarca. Mieszkał w małej, drewnianej izdebce, mimo to znalazł miejsce i dla Jakowa Sapirsztejna z jego żoną i dziećmi.
Pewnego dnia zjawiła się kuzynka Sapirsztejna, Fajgla Wygoda i zdradziła Janklowi tajemnicę, że szukają go tutaj goje z Różana. Wymieniła mu nawet ich nazwiska. Usłyszawszy, że jest wśród nich i Polański, Jaków odpowiedział: - Jeżeli jest tu Polański, to nie mam się czego bać. W tym momencie zjawił się grubas Polański i oznajmił Janklowi: - Chodź z nami, jesteś aresztowany!
I Jankel poszedł. Odczekaliśmy dwa dni. Strzelanina ustała i powoli zaczynaliśmy wracać do domu. O Janklu nikt niczego nie słyszał. Szliśmy przez szczawiński las. Dostać się do miasta można było przez most na Narwi. Przez sam most nie można było przejechać, bo był uszko dzony od bomb, lecz dla pieszych było wąskie przejście. Przy moście stali hallerczycy i żandarmi. I urządzili nam prawdziwe powitanie: złapali nas, otoczyli, bili, kłuli bagnetami, torturowali do krwi. Było nas ze dwadzieścia osób. Szliśmy stłoczeni w stado, jak owce, a oni przez całą drogę nie przestawali nas bić.
Do miasta przybyliśmy wieczorem. Wprowadzili nas na podwórze Gołdy Lach. Była tam wielka piwnica i polscy mordercy otworzyli drzwi, wpychając nas jak psy. Nim jeszcze zmęczeni, pokrwawieni, zgnębieni zdążyliśmy usiąść na ziemi, otworzyły się drzwi i wszedł wysoki oficer, z latarką w ręku lustrował nasze twarze, cicho, bez słowa, by nagle wrzasnąć: " Żydzi, wy podłe psy! Czeka was u nas ten sam koniec, co tamtego psa, tam!" I wskazał latarką na lewą stronę piwnicy. Leżał tam martwy człowiek. Latarka rzucała słabe światło i nie można było rozpoznać, kto to jest, wobec czego oficer dodał: " To jest wasz komendant!" I znowu z dzikim wrzaskiem: " Odmawiajcie waszą modlitwę, bo zaraz będziecie wyglądali jak tamten pies tam""
Żydzi łkali, odmawiali psalmy i lamentując prosili Stwórcę, by zniweczył ten wyrok. Tak, złamani, zrozpaczeni przesiedzieliśmy całą noc.
Gdy na dworze zaczęło się przejaśniać weszli dwaj hallerczycy rozkazując wszystkim wyjść na podwórko. Tam ustawili nas w szereg, odsuwając nieco młodszych od ludzi starszych i czekaliśmy. Zrozumieliśmy, że nas tu wszystkich rozstrzelają. Nagle oficer podszedł do najwyższego wzrostem Żyda, stelmacha, Lewiego Wygody i powiedział: "Ty idziesz ze mną, a wy wszyscy z powrotem do piwnicy!"
Byliśmy pewni, że zabrano go na śmierć. Znów Żydzi załamywali ręce, odmawiali psalmy i modlitwę przedśmiertną i każdy czekał swojej kolei. Znów otworzyły się drzwi i rozkazują nam wyjść na podwórze i ustawić się w szeregu, jak poprzednio. Tym razem wybrał spośród nas pięcioro: Aharona Przysuszkera, Abrahama Porzyckiego, Jakowa-Pesacha Wygodę, Israela Bursztyna i jeszcze jednego, którego nazwiska zapomniałem. Zaprowadził ich nie na ulicę, a przeciwnie - z powrotem do piwnicy. Byliśmy pewni, że tam ich zastrzeli. Z drżeniem czekamy na odgłos strzałów, a może zrobią to w inny sposób, kto wie? Ale po kilku minutach wracaj ą z piwnicy, niosąc ciało "komendanta", zwłoki nakryte wojskowym kocem. Położyli go u naszych stóp. To był Jankel Sapirsztejn. Trudno go było rozpoznać, głowę miał rozbitą i twarz zmasakrowaną. Wyglądało na to, że zatłukli go na śmierć pięściami i kijami, ale my poznaliśmy, to był Jankel Sapirsztejn.
Krwawiło nam serce. Zrozumieliśmy, ile warte będzie żydowskie życie pod rządami polskich chuliganów. Staliśmy tak zatopieni w smutnych myślach, aż dał się słyszeć krzyk: "Przypatrzcie się dobrze waszemu byłemu przywódcy - tak samo wy zaraz będziecie wyglądać!"
Zostawił nas i odszedł z piątką wybranych Żydów. Znowu zamknęli nas do piwnicy, gdzie przesiedzieliśmy do wieczoru. Wieczorem do p iwnicy wróciła ta piątka, wraz z Lewim - stalmachem. Lewi opowiedział, że gdy go zabrali, zaprowadzili go na pole obok domu Nuske Wietracznika, dali mu łopatę i kazali wykopać dół: "głęboki na twój wzrost". Był pewny, że kopie grób dla siebie samego, czy też dla nas wszystkich. Ale nadeszli pozostali, niosąc zwłoki Jankla.
Zasypali go ziemią, odmówili kadisz - modlitwę za jego duszę i gorzko się rozpłakali nad jego losem i losem jego wdowy z trojgiem małych dzieci.
Po trzech dniach w piwnicy, w ciągłym strachu i bez jedzenia, zostaliśmy zwolnieni. W mieście było tak jak sobie wyobrażaliśmy. Polscy chuligani, w euforii niepodległości szaleli, bili i zabijali. Żydzi bali się wyjść na ulicę. Aż gmina żydowska dała znać Noachowi Pryłuckiemu, który w tej sprawie apelował w Sejmie. Przeprowadzono dochodzenie, Żydzi pojechali do Warszawy składać zeznania i chuligaństwo zostało ukrócone.
Trwało jednak jeszcze długo, nim Żydzi, z wielkimi wysiłkami i uporem doczekali się zezwolenia na przeniesienie zwłok Jakowa Sapirsztejna na żydowski cmentarz i złożenia go do grobu zgodnie z żydowskim rytuałem.

Natan Wygoda